W książce Bóg urojony Richarda Dawkinsa jest opisana historia pewnego chłopca, który został odebrany rodzicom. Sprawa toczyła się w XIX wieku, a jej bohaterem był urodzony w żydowskiej rodzinie Edgardo Mortara. Jak to się stało, że sześciolatek został zabrany rodzicom przez Inkwizycję?
Powodem było - jak opisuje Dawkins - kilka kropel wody. Anna Morisi, nastoletnia służąca państwa Mortara, ochrzciła dziecko, kiedy znalazło się w obliczu śmierci. Chłopiec wyszedł z zagrożenia cało. Jednak kilka lat później życzliwi ludzie poinformowali kogo trzeba, że katolik jest wychowywany przez żydów. Organy kościoła katolickiego nie miały żadnych oporów przed porwaniem sześciolatka.
Czytelnik (czytelniczka) tego bloga może teraz zadać pytanie, dlaczego przytaczam tę historię sprzed ponad 150 lat. Niestety, podobna historia zdarzyła się całkiem niedawno, i też w jej treści przewija się woda.
Wyobraźcie sobie następującą sytuację. Jest sobie gdzieś na Lubelszczyźnie trzyosobowa rodzina. Żyją w bardzo biednych warunkach, na szczęście mają gdzie mieszkać, a nawet udało im się uzbierać z zasiłku na podstawowe urządzenia kuchenne. Niestety, w domu nie jest doprowadzona ciepła woda, a na wyposażenie łazienki już nie starczyło pieniędzy. Co gorsza, ostatnio ojciec rodziny (nie mający problemów z alkoholem!) trafił do szpitala i ma amputowaną nogę. Tej rodzinie zdecydowanie się nie przelewa, ale skupmy teraz uwagę na jedenastoletnim Sebastianie. Chłopak ma zawsze co jeść, świetnie się uczy i tonami pożera książki, które pożycza ze szkolnej biblioteki i czyta razem z mamą.
W piątek przed feriami Sebastian został porwany po szkole przez pracowników Miejskiego Ośrodku Pomocy Społecznej i umieszczony w Domu Dziecka. Oczywiście wcześniej wyraził na to zgodę sąd, który obradował przy zamkniętych drzwiach. Pracownice MOPSu decyzję tłumaczą brudem w domu i depresją matki. Doprawdy, czyste podłogi więcej znaczą niż autentyczna miłość rodzicielska.
A teraz bezpośredni cytat z Boga urojonego s. 418-419:
"Szokujące w historii Mortary jest to, że księża, kardynałowie i sam papież wyraźnie (i absolutnie szczerze) nie byli w stanie pojąć, że wyrządzają biednemu chłopcu krzywdę. Trudno to zrozumieć (ba, w zasadzie tego się nie da zrozumieć), ale oni naprawdę uważali, że odbierając chłopca rodzicom i zapewniając mu katolickie wychowanie, działają dla jego dobra. Musieli go chronić! Jedna z amerykańskich katolickich gazet, broniąc stanowiska papieża, napisała, że jest nie do pomyślenia, aby "chrześcijański rząd mógł zostawić chrześcijańskie dziecko na wychowanie żydom". Gazeta ta powołała się nawet na zasadę wolności wyznania: "wolności, jaka przysługuje dziecku, by stało się chrześcijaninem, a nie było zmuszone do pozostania żydem. [...]"
Teraz wrócmy do Sebastiana. Garść cytatów:
- Ten stan zdrowia, który się pogorszył spowodował to, że ta nieporadność, może po części lenistwo, spowodowało, że to się pogłębia - tak kierowniczka MOPS diagnozuje stan zdrowia pani Jolanty. Uważa też, że Sebastian "dzięki pobytowi w domu dziecka zobaczy trochę innego życia, inaczej zacznie funkcjonować, innych nawyków nabierze".
- Nigdy nie mieliśmy zastrzeżeń co do wyposażenia mieszkania w żywność. Nawet gdy byliśmy w domu z panią kurator, to oprócz tego, że lodówka była brudna, to była pełna żywności - mówi.
Na razie Sebastian ma przebywać w domu dziecka trzy miesiące. Niejawna rozprawa na której zapadła decyzja o umieszczeniu chłopca w placówce odbyła się 1 lutego. - Gdybym wiedziała, mogłabym się stawić w sądzie, to może by do tego nie doszło. Nie mogę się pogodzić z tym co się stało - mówi przygnębiona matka. Jest wezwana do sądu na przesłuchanie, jako świadek, dopiero na początek marca.
Tłumacząc cytat z Dawkinsa na nasze: Szokujące w historii Sebastiana jest to, że pracownice MOPSu i sam sąd wyraźnie (i absolutnie szczerze) nie byli w stanie pojąć, że wyrządzają biednemu chłopcu krzywdę. Trudno to zrozumieć (ba, w zasadzie tego się nie da zrozumieć), ale oni naprawdę uważali, że odbierając chłopca rodzicom i zapewniając mu wychowanie w Domu Dziecka, działają dla jego dobra. Musieli go chronić! Jedna z (wyimaginowanych przeze mnie) gazet, broniąc stanowiska sądu, napisała, że jest nie do pomyślenia, aby "opiekuńczy rząd mógł zostawić dziecko na wychowanie kochającym rodzicom". Gazeta ta powołała się nawet na zasadę praw dziecka: "prawa, jakie przysługuje dziecku, by mieszkało w czystym Domu Dziecka, a nie było zmuszone do pozostania w brudnym domu z rodzicami."
Jako że to jest pierwszy wpis na tym blogu, to będzie morał. Morał jest taki, że kiedyś mieliśmy teokrację, a dziś statokrację. Kiedyś można było porwać dziecko z powodów religijnych, dziś z tytułu nieugruntowanego w żaden sposób "interesu społecznego", choć oczywiście społeczeństwo tu nijak nie zyskało, a biedny dzieciak być może dorobi się traumy na całe życie.
I tu dochodzimy to pewnego ważnego rozróżnienia, zasygnalizowanego w tytule bloga. Jest bowiem różnica pomiędzy "lewicowością" a "lewactwem". Dla mnie, lewicowość - ta prawdziwa - polega na wrażliwości na ludzkie nieszczęścia, na chęci pomocy innej osobie z WŁASNEJ inicjatywy. Wszystkim osobom, które mają serca po lewej stronie, dedykuję link Co jest najbardziej potrzebne rodzinie Sebastiana. Jest tam m.in. numer konta, na które można przelać pieniądze na pomoc dla rodziny Sebastiana.
Lewactwo natomiast polega na zajęciu stanowiska "Ktoś powinien się tym zająć!" I tyle. Najlepiej żeby to zrobiło państwo, a ja sobie umyję ręce i siedząc na tyłku będę kontestował, jaka to bieda w kraju i dlaczego nikt tym ludziom nie pomaga. I najlepiej, jakby dopieprzyli podatek tym bogatym świniom.
czwartek, 25 lutego 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz